Czarny świat na cynamonowej ziemi (cz. II)

Zbierając dane do felietonów szukałem najlepszego określenia barwy ziemi, po której przez miesiąc stąpaliśmy i koloru pyłu Harmatanu, który zostawiał po sobie wszechobecny ślad na powierzchni domostw, zabudowań, samochodów, drzew. Harmatan w Afryce Zachodniej to okres w roku, a zarazem nazwa rodzaju pogody – oznacza kierunek wiatru z północy na południe. Przypomina naszą mgłę, ale zostawia po sobie uciążliwy ślad, nie tylko na drogach komunikacyjnych, ale i oddechowych.

Po natknięciu się na szczegółową listę kolorów od razu wiedziałem, że będzie to kolor cynamonowy, gdyż ważny był dla mnie nie tylko wymiar fizyczny tego określenia, ale i głęboki wymiar symboliczny. Cynamon jest przyprawą o wyjątkowym aromacie, często potrafiącą nie tylko poprawić smak potrawy, ale i ją zdominować. Jest zapachem wykorzystywanym w wielu produktach, nie tylko spożywczych. Roślina ta od wieków jest symbolem luksusu w wielu kulturach, mimo że jest uprawiana w częściach świata pełnych biedy i ubóstwa. Cynamon ma również wiele zbawiennych właściwości leczniczych. Ghana jest obecnie ważnym producentem tej przyprawy. Afrykańska czerń pięknie wygląda na cynamonowej ziemi. Wszyscy szukamy życia przyprawy, pragniemyi tych lepszych chwil życia. Dla jednych jednak kolor będzie egzotycznym przeżyciem, dla innych, bez względu na barwę, „czarną rzeczywistością”.

W czasie pobytu w Yendi naszym planem było odwiedzenie Gnani, Wioski Czarownic. Była to kolejna, po Gushiegu, odwiedzana przez nas wyklęta wioska (wizyta ta została opisana w pierwszej części tego cyklu i jest dostępna tutaj). Wiedzieliśmy, że będziemy potrzebowali więcej czasu. W Gushiegu „czarna wioska” liczyła około 70 kobiet, w Gnani cała społeczność ze zdecydowaną dominacją kobiet, również z dziećmi i z mężczyznami uznanymi za czarowników, liczyła około 1000 osób. Do wizyty w drugiej wiosce byłem już nieco inaczej wewnętrznie nastawiony. Wiedziałem, że zobaczę smutne oczy i porysowane życiem twarze. Wioska tym razem lokalizacyjnie była „bliżej świata”, ale już pierwsze zabudowania wskazywały na posępne możliwości codziennego życia.

Zaskakiwał ogrom wioski – rzeczywiście mogło tu mieszkać z 1000 osób, których prawdopodobnie nikt nigdy nie policzył. Powoli zmierzaliśmy do wodza osady, bo otrzymaliśmy informację, że taki przywódca tu był. Gdy znaleźliśmy się w samym środku osiedla, zobaczyliśmy grupkę mężczyzn, w większości w młodym wieku, czekającą na nas pod tradycyjnąwiatą wypoczynkową. Rozmowę w imieniu zebranych, poprzez tłumacza, prowadził, jak się za chwilę okazało, najstarszy syn wodza. Dowiedzieliśmy się, że wódz niedawno umarł.

Wszyscy byli bardzo smutni, nawet dzieci, zazwyczaj w Afryce uśmiechnięte, tu się nie śmiały. Na pewno przyczyną nie była tylko okoliczność śmierci wodza, lecz codzienność ich życia nie była czymś wesołym. Nawet gdy przekazaliśmy pieniądze i częstowaliśmy wszystkich cukierkami, typowej w takim momencie radości nie było widać. Po przedstawieniu się i zaakceptowaniu naszego celu wizyty przez radę starszych, ruszyliśmy dokumentować codzienność czarownic i czarowników… Harrego Pottera tam nie było, wysokich lotów na miotle również, haczykowate nosy okazały się dużo bardziej szerokie…

Budynki gliniane były zazwyczaj w bardzo złym stanie technicznym. Do zamieszkania wykorzystywano każdą wolną powierzchnię zadaszonego klepiska. Nawet spichlerz, dla starej, samotnej kobiety, stanowił dom, jedyny jaki mogła mieć… Im bardziej obserwacja i zadawane pytania się pogłębiały, tym bardziej stawaliśmy się podobni do naszych rozmówców – coraz smutniejsi…

Czasem była we mnie wątpliwość, czy rozmówcy opowiadając o tym, jak się tu znaleźli, a właściwie jak musieli się tu znaleźć, nie ubarwiają historii. Może po prostu szukali zręcznego oczyszczenia się? Ale sposób, w jaki opowiadali o swoim życiu, był bardzo przejmujący. To były zawsze smutne oczy opowiadających, wpatrzone albo w cynamonową ziemię, albo gdzieś dalej – w suchą, bezludną sawannę. Głos ich był zazwyczaj cichy, jedynie szansa na wysłuchanie, i może jakąś pomoc, dawała małą iskrę nadziei – dlatego z nami rozmawiały. My nie chcieliśmy o nich zapomnieć, my chcieliśmy ich wysłuchać, wyrazić głębokie zainteresowanie ich losem.

Wiele starszych kobiet wyklętych zostało kilkanaście lub kilkadziesiąt lat temu. Czasami były wspomagane przez swoje rodziny, ale tylko czasami. Było też w Gnani więcej młodszych kobiet w towarzystwie swoich dzieci mieszkających z nimi na stałe. Wszystkie dzieci poubierane były zazwyczaj w podarte i brudne ubrania i same były umorusane w sposób rzucający się mocno w oczy. Opuchnięte twarze i skośne oczy niektórych dzieciaków wprowadziły nas w naturalną ciekawość i zaczęliśmy pytać o przyczynę tej choroby… Najpierw zaskoczył nas szeroki uśmiech odpowiadającego, a potem również i nas rozbawiła odpowiedź, bowiem okazało się, że to ofiary miodowej wyżerki pszczelich barci na sawannie! Zazwyczaj to jedyna słodycz ich codziennego życia, która kusi bez względu na konsekwencje.

Gnani to wioska, gdzie budynków, walących się pozostałości ścian, murów było dużo więcej niż w typowych wioskach jakie widzieliśmy na co dzień. Właściwie to szukaliśmy czarownic w ruinach. Czuć było zesłanie, tymczasowość tego miejsca, która dla większości stała się ostatecznością. Stare, samotne kobiety nie żyły w domach, one wegetowały w dziuplach owalnych budowli. Monotonię tego otoczenia ożywiały tylko biegające, smutne dzieci.

Zaczęliśmy rozmawiać z zasuszoną staruszką, która zazwyczaj w czasie rozmowy miała złożone ręce z otwartymi dłońmi skierowanymi do góry. Uwagę naszą zwracała monotonia jej wzroku, która okazała się po prostu prawie całkowitą utratą możliwości widzenia. Była zupełnie sama i jej życie się toczyło między dziuplą, a oddalonym o jakieś dwa metry od dziupli paleniskiem z garnkiem. Mogliśmy w ten sposób zobaczyć jej codzienne menu – kilka kawałków jamu gotowanego w wodzie. Zazwyczaj taki jeden posiłek musiał wystarczyć na cały dzień. Jej codzienna droga życia wyglądała w ten sposób, że siedziała, bo trudno powiedzieć że żyła, w dziupli i raz dziennie kilka metrów obok gotowała jam, i znowu… siedziała w dziupli, i kilka metrów obok gotowała raz dziennie jam…. Czasami coś zmieniało jej rytm życia, np. ktoś jej przyniósł wodę… Powoli wyjaśniała się nam zagadka zasuszenia kobiety… Czasami ktoś zapomniał i nie przyniósł wody… Zapytaliśmy przez naszego tłumacza – jak tu trafiła? Opowiedziała krótko swoją historię.

Miała dom, męża, dzieci i miała pewnego dnia też sen… Ze snu nie robiła tajemnicy. Opowiedziała po prostu swój sen, który sam ją przeraził. Śniło się jej, że zabija własne dziecko! Możemy oczywiście sobie tylko wyobrazić i domniemywać jakie były prawdziwe okoliczności „polowania na czarownicę”. Wydawało się, że to było oczekiwanie na tę „chwilę nieuwagi słów i sytuacji” lub kobieta intensywnie wcześniej „pracowała” na to, by znaleźć się grupie wyklętych. Oczywiście mogła „pracować” w sposób nieświadomy, bo ktoś czekał na wyniki jej „pracy”… Tego nigdy się nie dowiemy. Z tego co zrozumieliśmy, rodzina jakoś się od niej odcięła, zrezygnowała z niej. Opowieść, której wysłuchaliśmy, dosłownie i w przenośni miała bardzo smutne oczy. Kobieta siedziała w glinianej norze ze złożonymi rękoma, daleko gdzieś patrzyła mętnym wzrokiem bladoniebieskich źrenic, a po jej pomarszczonej czarnej skórze policzków płynęły wolno łzy… W takich momentach nawet człowiek mało wrażliwy dotyka pewnego dna, poczucia ludzkiej niedoli, która wywołuje ból własny, a nie tylko siedzącej przed nim staruszki. Łzy trudno oszukać. Wspomogliśmy kobietę, dla nas – paroma groszami, ale wiedzieliśmy, że to jedyne pieniądze jakie w tej chwili ma. Patrzyliśmy przez chwilę jak wygląda jej życie i zobaczyliśmy, że jednak chodzi też na spacer – trzymając się ściany, w koło swej owalnej budowli, bo jako niewidoma nie zgubi się i do otworu dziupli trafi. Jedynym przewodnikiem jej życia stała się ściana.

Promień nadziei dla czarownicy świeci rzadko. Nasz ojciec-misjonarz opowiedział nam historię, która pokazuje jak głęboko są zakorzenione w ludziach wierzenia i kulturowe przyzwyczajenia. Kobieta uznana za czarownicę, musi opuścić wioskę na zawsze, inaczej grozi jej lincz i śmierć. Tak więc, sytuacja przyszłości jest dla niej nieskomplikowana. Jeśli zostaje uznana winną, przez wodza, starszyznę wioski lub inne ważne gremium, musi natychmiast odejść. Powrotu dla niej już nie ma. Czy może się zrehabilitować, uznać swoje błędy lub „prosić o wybaczenie błędów innych”, bo dla mnie osobiście to w większości taka jest przyczyna pozostawienia ich samym sobie? Przypadki powrotu tylko teoretycznie są znane. Nie wierzcie w taki cud. Zdarza się to bardzo rzadko. Czasami ktoś wpływowy wyrazi zgodę i aprobatę, że może sobie tak zupełnie przy okazji, tuż obok, równolegle żyć… Wierzenia i zwyczaje Afrykanów są zbyt głębokie.

Usłyszeliśmy o przypadku, gdy wódz wioski podjął decyzję o powrocie kobiety. Taka sytuacja miała miejsce, mimo niechęci mieszkańców, ale pod wpływem autorytetu wodza. Kobieta żyła w wiosce kolejne kilkanaście lat, nie była osobą wybitnie szanowaną, ale jakoś pozwolono jej żyć i nie przeszkadzano sobie wzajemnie w tym życiu. Wydawałoby się, że kilkanaście lat to czas, w którym można zapomnieć o „czarownicy”… Ale okazuje się, że nie w Afryce, bo to tkwi bardzo głęboko. Kobieta umarła. Pochowano ją. Minęło pół roku. Czy zapomniano, że była to kobieta podejrzana o czary? Nie. Wspólnota wioski zażądała od wodza, by odkopać ciało kobiety i zobaczyć co się z „czarownicą” dzieje… Mimo niechęci, najważniejszy człowiek wioski wydał zgodę, bo czymże mogą jeszcze jej zaszkodzić? Zwłoki odkopano. I co zobaczono? Może ze względu na klimat, może ze względu na coś, czego nie rozumiemy, okazało się, że zwłoki kobiety nie uległy rozkładowi…

I tego społeczność chciała! Dowodu. A jednak była to czarownica! Wszystko wymknęło się spod kontroli. Ciało kobiety zostało rozszarpane, zbezczeszczone, porozrzucane na wysypiska śmieci, by jakikolwiek ślad po niej zaginął… Zapamiętałem uwagę naszego misjonarza – Europie są znane przypadki samo-konserwacji, także ciał świętych. Tutaj jednak jest Afryka. Kim była i co czyniła kobieta, tego już nigdy się nie dowiemy…

Nasze rozmowy z młodymi czarownicami, często bardzo urokliwymi, od których częściej można było otrzymać uśmiech do zdjęcia, były bliższe uczuciom nadziei. Może energia młodości – obecność małych dzieci – dawała matkom jakieś cele, dla których warto było żyć. Lubiły pokazywać swoje małe pociechy i wtedy oczom naszym ukazywał się szeroki sznur białych zębów… Wśród monotonni i cierpienia życia „czarnego świata”, to był miły przerywnik, który nam też dawał nadzieję, że może kiedyś ich życie się zmieni…

Innym obrazem, który utkwił mi głęboko w pamięci, była stara, zniedołężniała, czarna kobieta z siwymi włosami, siwymi zmarszczkami i bardzo smutnym wyrazem twarzy. Wyglądała jak przemielona przez młyn życia, nie miała już siły, by dalej swoją drogąiść. Niezwykły kontrast z jej twarzą stanowiła koszula ze zdjęciem młodej kobiety, w którą była ubranaoraz otoczenie towarzyszących jej dzieci. Trudno by było o lepszą metaforę dnia dzisiejszego i jutrzejszego człowieka.

W Gnani byli również czarownicy, a więc mężczyźni uznani za uprawiająch „czarną” magię, szkodliwą dla mieszkańców swojej wioski. Stanowili zdecydowaną mniejszość pod względem płci, ale też przypadki takie były. Obrazem, który najbardziej zapadł mi w pamięć było siedlisko, gdzie mieszkało małżeństwo czarownicy i czarownika. To było spotkanie wyjątkowe. Można powiedzieć nawet, że małżeństwo razem współpracowało, na przykład we wspólnej polityce oczekiwań za… sesję fotograficzną. Nam to nie przeszkadzało, bo parę groszy na rozwój więzi małżeńskich, uznaliśmy za bardzo szlachetny cel. Monogamia to bardzo rzadkie zjawisko w świecie tego kontynentu. Można sobie tylko wyobrazić z czym przychodzą parafianie do spowiedzi… W przypadku małżeństwa czarownicy z czarownikiem mieliśmy „czarną monogamię”. Musimy pamiętać, że w północnej Ghanie Afrykańczyk z jedną żoną to rzadkość. Nawet zadeklarowanym chrześcijanom, trudno zrezygnować z dobrodziejstwa „inwentarza” i wybrać tylko jedną żonę. No bo właśnie, jak mówią „Proszę księdza, którą?” I wtedy robi się problem, bo wybór jednej, to krzywda dla pozostałych żon i własnych dzieci. Czy to oznacza, że nie może być chrześcijaninem?

Same Wioski Czarownic są problemem trudnym dla wielu misjonarzy. Jest to zjawisko niejednorodne bowiem to, że ktoś ma ciemną skórę nie oznacza, że mówi tym samym językiem, należy do tego samego plemienia, czy nawet narodu oraz że ma te same przyzwyczajenia kulturowe. Niewątpliwie uznaje się takie skupiska za miejsca dla wyklętych, za miejsca uprawiania „czarnej magii”. Tylko co to jest „czarna magia” w świecie, gdzie duchowość, wierzenia, gusła i zabobony są powszechne? Drogi Europejczyku, znajdź Afrykanina ateistę. Uważasz, że znajdziesz? Trzymam kciuki.

Jeżeli wierzenia, te animistyczne również, są tak powszechne, to kto nie uprawia czegoś, co my możemy określić jako „czarną magię”? Tutaj „czerń” oznacza bardziej praktyki, które dążą do wyrządzenia krzywdy drugiemu człowiekowi, czy nawet intencji, woli dokonania tej szkody. Tak, wystarczy chęć czynu, nawet ta mimowolna, jak w przypadku snu,a już można zostać uznanym za czarownicę lub czarownika. W większości przypadków, tak naprawdę jest tu wyrządzana szkoda przez ludzi – ludziom. Czarownica miała być zagrożeniem, a zazwyczaj staje się ofiarą, często do tego w pewien sposób „przygotowaną”. Przygotowanie odbywa się na życzenie otoczenia, które już jej nie chce. Jest wiele wątpliwości, kim tak naprawdę są kobiety uznane za czarownice. Jeśli wątpliwości są, to na pewno nie można tych ludzi niesprawiedliwie osądzać, bo można zrobić ogromną krzywdę człowiekowi. A tego Bóg ludziom czynić zabronił. Nawet jak ktoś zrobił błąd, ma szansę z tej drogi zawrócić. Misjonarze więc nie mają łatwego zadania. Widzą ludzi cierpiących, poszukujących pomocy, jednak w powszechnej opinii i w bardzo mocno utrwalonych zwyczajach kulturowych, wyklętych, uznanych za opanowanych przez siły zła.

Misjonarz reprezentuje natomiast siły dobra, reprezentuje moc Chrystusa walczącego z siłami zła. A tu jest Wioska Zła. Tylko czy oby na pewno? Misjonarze więc muszą poruszać się po bardzo grząskim gruncie. W Wioskach Czarownic widać wiele serca. Są miejsca, gdzie misjonarz jest nadzieją dla wyklętych, bo innej nadziei już nie mają. Tym bardziej należy się wielki szacunek dla wszystkich naszych wspaniałych przyjaciół, którzy prowadzą ciężką posługę misyjną. Pamiętamy o Was i jesteśmy z Wami.

Teraz, gdybiorę cynamon do ręki, czuję już trochę coś innego. Nie tylko pachnie, smakuje jak cynamon, ale i wygląda jak cynamonowa ziemia… Po powrocie do Polski „umocnił” mi się własny sposób patrzenia na wzrastającą popularność w naszym kraju, i chyba w całej Europie, wróżek, wróżbitów, tarota, magii… Nie należy dotykać czegoś, czego się nie zna lub nie jest się w stanie zrozumieć. W wielu sferach życia Afryka zostaje coraz dalej za nami. Przepaść między codziennością życia jest ogromna. W innej materii, tej bardziej duchowej, okazuje się natomiast, że to my doganiamy Afrykę… A może wysłać polskich czarowników do Afryki i pokazywać, czym wróżba życia może się skończyć? Może to jest też pomysł na wzajemne zbliżenie? Dokąd zmierza świat nie wiemy, możemy tylko się zastanawiać i przypuszczać. Może mieszkańcy dwóch kontynentów są bardziej sobie potrzebni? I wzajemnie potrzebujemy siebie do czegoś innego. By zrozumieć JEDNEGO CZŁOWIEKA.

Krzysztof Bucholski
01-03-2013

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Do NOT follow this link or you will be banned from the site!
ArabicChinese (Simplified)DutchEnglishFrenchGermanItalianPolishPortugueseRussianSpanish